środa, 15 marca 2017

Podziemna sztafeta w Bochni

              Udział w tym wydarzeniu nie był przeze mnie planowany, przed czwartkiem nie wiedziałem nawet, kiedy sztafeta będzie się odbywać. W czwartkowy wieczór, jak prawie co tydzień, byłem na biegu ITMBW i biegłem dyszkę, akurat tego dnia z czasem 37:17. Już miałem biec z powrotem do domu, ale zaciekawiło mnie, czemu Gustav stoi sam, jakby na coś czekał. Można powiedzieć, że czekał właśnie na mnie.

         

                    Okazało się, że jego znajomi mają wolne miejsce w sztafecie w Bochni. I to darmowe miejsce, co mnie ostatecznie przekonało - biegnę w ciemno, mam wolny od innych startów czy zaplanowanych wyjazdów weekend. I wyszło tak, że w sobotę rano jechałem z Agnieszką i Tomkiem, małżeństwem z Krakowa, do Bochni, by pobiec w drużynie Dzieło Pomocy św. Ojca Pio, z hasłem na koszulce: "Ulica dobra do biegania, nie do mieszkania". W samochodzie Agnieszka wspomina coś o walce, by nie być ostatnią drużyną, na co ja odpowiadam, że jest plan zrobić 144km - co daje tempo 5:00. Na miejscu czeka nasz czwarty zawodnik - Artur. I już w czwórkę, przed ósmą, zjeżdżamy do kopalni, gdzie większość innych ekip spędziła już noc.
             Start biegu jest o 10, więc odbieramy pakiety i powoli przygotowujemy się do startu. Same pakiety zasługują na uwagę - wspaniale wykonana koszulka z wizerunkiem biegającego, średniowiecznego górnika, a cały pakiet zapakowany w gustowne, blaszane pudełko z logotypem biegu. Biegam na krótko, w krótkich legginsach oraz jako koszulka na pierwsze kółka czy też pętle, liczące 2420m, wybieram kultowy bezrękawnik z Maratonu Wrocławskiego 2011. Dzielimy się na dwa zespoły - ja i reszta drużyny. Ja zaczynam pierwszy, by zoptymalizować nasze osiągi. Przed startem właściwym jest start honorowy, potem 65 zawodników jest rozstawianych w strefach startowych, by na początku biegu nie było zamieszania. Zaczynam naprawdę rozsądnie, biegnę 5 zmian tempem 4:30. Trasa jest wąska, w dodatku prowadzi jednym korytarzem, i trzeba mijać zawodników biegnących z naprzeciwka. Wyprzedzanie nie jest łatwym zadaniem, trzeba uważać, czy ktoś nie biegnie z naprzeciwka. Schodzę po niespełna godzinie, nie czując (jeszcze) zmęczenia. Robię sobie godzinę przerwy w trakcie której jem, piję, leżę i czytam "Dzielnicę obiecaną" - polecam. I teraz powrót na górę po 307 dziwnych, drewnianych schodkach, jeszcze w miarę przyjemny. Trasa biegu była bowiem nad poziomem komory Ważyn, z biurem zawodów i całą bazą noclegowo-gastronomiczną, i trzeba było swoje przejść, by się dostać do strefy zmian.
               Drugą swoją turę zaczynam źle, a źle w tym wypadku oznacza, że biegnę szybko i agresywnie. Trzy z siedmiu pętli biegnę poniżej 4:15, wyprzedzam, już zmęczonych zawodników. Spora liczba uczestników mocno zaczęła, i po dwóch godzinach są już zmęczeni. Trochę ponad godzinę biegam, totalnie już odmóżdżony - muzyka dudni, biega się cały czas tą samą, monotonną trasą, z tego wszystkiego zapominam podnieść ręki przed strefą zmian - spiker nie wyczytuje naszego numeru sztafety, jednak Artur już czeka i mnie zmienia. Dodatkowe kilometry mnie zmęczyły, czuję trochę nogi. Znowu zejście schodami, odpoczynek, lektura książki. I już z lekką niechęcią wracam na trasę. Uzgadniamy, że robię 6 kółek, jednak po 5 kółkach już czeka na mnie Artur i siłą wyrzuca z trasy - co okazuje się dobrym ruchem. Mimo, że nie biegłem jakoś szybko - okolice 5:00, to mam już w nogach 41km i jestem znużony, a w dwójkach czuję już lekki ból i zapowiedź skurczów. Złażę po schodach i człapię do mojej leżanki, przedtem jednak jedząc solidniejszy posiłek, bo na trasie czułem już głód. Makaron za bon z pakietu, parę kanapek, i po chwili leżakowania i lektury przysypiam. Ledwo budzę się na tyle wcześnie, by o ustalonej - jednak tym razem przez siebie - porze być w strefie zmian. Akurat mój team zrobił po 2 kółka - teraz wchodzę ja. Kolejne 5 kółek w umiarkowanym tempie - teraz czuję, że żyję. W czasie biegu myśli moje wędrują już w kierunku zmęczenia i liczenia, kiedy zejdę z trasy. Po zmianie informuję, że by dotrwać do końca potrzebuję dłuższej przerwy - wracam na trasę dopiero po 80 minutach -  by już w dość luźnej formie zrobić kolejne 5 pętli i dobić do 27, co daje ponad 65km. I czuję się dobrze, biegałbym dalej, ale schodzę na dół by odpocząć. Jednak adrenalina już tak na mnie działa, że po kilkudziesięciu minutach pogawędek z innymi zawodnikami wracam na górę, i praktycznie siłą wchodzę na trasę, wypychając z kolejki Artura, który miał właśnie wchodzić. Robię szaleńcze, jak dla kogoś co nastukał tyle kilometrów, tempo. Pętlę przebiegam w 9:25, czyli tempem 3:53. I schodzę, wpuszczam Artura, bo nie można egoistycznie biegać samemu. I czekając w strefie zmian, dowiadujemy się o nagrodzie dla osoby indywidualnie przebiegającej największą ilość kilometrów. Po Arturze biegnę kolejną w miarę szybką pętlę, wpuszczam Tomka na jedną zmianę i postanawiamy, że ostatnie prawie 30 minut z 12h biegam ja. W tym czasie robię jeszcze 2 i 3/4 pętli, z tym że ostatnie kilometry biegnę już ledwo-ledwo, wysiadam energetycznie, brak glikogenu mocno daje o sobie znać. Dźwięk syreny oznaczający koniec biegu zastaje mnie prawie na końcu korytarza. Czekam na sędziego, który zaznacza moją pozycję numerem startowym i wracam do strefy zmian. Po drodze zatrzymuję się w kaplicy św. Kingi, gdzie był punkt żywieniowy na trasie. Biegnąc nie miałem czasu zajadać mandarynek, teraz nadrabiam zaległości z niesamowitą żarłocznością, mandarynki smakują mi niesamowicie. Teraz czas na pamiątkowe zdjęcie przy zegarze odliczającym 12h - teraz wskazującym zero i zejście do komory Ważyn, by dalej jeść :)



                        Poza zmęczeniem została mi satysfakcja, ponieważ nabiegałem najwięcej km indywidualnie - 77,4 km, najdłuższy płaski dystans, jaki kiedykolwiek przebiegłem w ciągu doby. Nasza sztafeta uzyskała dobre 35 miejsce na 65 drużyn - pokazaliśmy, że słabsze drużyny, dzięki motywacji i woli walki, nie muszą być na końcu stawki. Teraz przyszła pora na zasłużony odpoczynek i prysznic, pozwalający spłukać z siebie pył, którego sporo było na trasie biegu. Z racji na kolejki do nowych, luksusowych łaźni, spać poszedłem dopiero o 1 w nocy, co jednak było nieodczuwalne z racji na brak światła dziennego. Następnego dnia o 7:20 już byłem po śniadaniu i na nogach, by uczestniczyć w specjalnym, przyśpieszonym zwiedzaniu kopalni dla biegaczy - chętnych było około 60 osób.Było to bardzo ciekawe doświadczenie, dowiedziałem się wielu interesujących faktów, jednak trzeba było szybko kończyć. Już od 9 trwała dekoracja wszystkich ekip, jednak pierwszą osobą wywołaną na scenę byłem ja, by odebrać torbę NB jako nagrodę za największą ilość kilometrów. Jeszcze rześkim krokiem wkroczyłem na podest, by za paręnaście minut zrobić to z (prawie) całą drużyną - Artur musiał wracać do domu.
        

             Nie wiem czy to wpływ przeciągów, czy pyłu na trasie, czy też zmęczenia, ale w niedzielę zaczęło mnie boleć gardło. W poniedziałek za to przyszedł czas na nogi. Tak więc nie biegałem do chwili obecnej, ale ta sztafeta to była jedna z lepszych rzeczy w mojej biegowej historii. Wiele słyszałem o niej, i była dla mnie legendarną imprezą, tylko jakoś do tej pory nikt mnie na nią nie zaprosił - za słaby byłem na start w TAKIEJ imprezie. I jeszcze mój drobny, osobisty sukces w postaci wybiegania torby sportowej, której specjalnie nie kupowałem, bo miałem dziwne przeświadczenie, że w końcu ją wygram lub wylosują w jakimś biegu. Marzenia się spełniają, nawet takie malutkie.
           Chciałbym w tym miejscu podziękować wszystkim, dzięki którym mogłem wziąć udział w tym wspaniałym wydarzeniu. Przede wszystkim dyrektorowi biegu Tomaszowi Głodowi, który zaprosił naszą drużynę do udziału w sztafecie. Dziękuję też Gustavowi, który mnie w to wpakował, oraz reszcie sztafety, czyli Agnieszce, Tomkowi i Arturowi. Dziękuję też mojej żonie, która cierpliwie znosi moje biegowe ekscesy. Życzę także kapucynowi, bratu Mariuszowi Leszczakowi szybkiego powrotu do zdrowia. To na jego miejsce wskoczyłem w tej sztafecie, po tym jak w czasie treningu nieszczęśliwie złamał nogę.


Edit: pojawiły się wyniki szczegółowe, poprawiłem niektóre fragmenty.
Łączny czas na trasie -  05:48:02, bez poprawki na to co działo się w strefie zmian. Tempo : 4:30/km.